Słota, błoto, szaruga. Wiatr kładzie korony przydrożnych topoli. Białe tumany śniegu porywane z okolicznych pól chłoszczą twarze. Mróż wciska swe szpilki w każdy odkryty skrawek skóry. Co prawda jest do tego przyzwyczajona - ciężka codzienna praca w takich warunkach hartuje, przydając jednocześnie twarzom lat.
Małe grupki starają się przemykać - skulone wśród zasp lub błota. Chyba, że dysponuje się saniami lub wozem. Nie wszyscy jednak je posiadają. Nie wszystkich na nie stać.
Tylko młodzież, jak zwykle roześmiana i rozbawiona. Dla nich to przygoda - cała wyprawa w gronie znajomych.
Dokąd?
Do kościoła. Do Jadowa. Tak w każdą niedzielę, każde święto. Wielkanoc, Pasterka - ważne wydarzenia w roku kościelnym. Dla nich też są ważne. Wyznaczają rytm; pozwalają na odnalezienie się w miejscowej społeczności. Są okazją do demonstracji siebie - cokolwiek to oznacza. Tak było przd laty. Tak jest teraz. Czy to dobrze? Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że choć czasami, choć przez chwilę pojawia się prawdziwy wymiar obcowania z Kościołem. Dotarli wśród zamieci, schronili się w środku. Stoją, patrzą. Czy rozumieją? Pewnie niewiele, bardziej się boją. Wbrew pozorom wykształcenie, szerokie horyzonty pomagają zrozumieć istotę Tego co się Odbywa. Oni w przeważającej większości nie mają wykształcenia, a horyzont - no cóż - znów dla większości nic nie znaczy, a gdyby nawet rozumieli to słowo, to byłby on tam, gdzie słońce każdego dnia kładzie się spać - hen nad ich polem. Jest to znak, że trzeba skończyć pracę. I tyle. Żadnej większej filozofii w tym nie ma. Do tego wszysto odbywa się po łacinie. Wiedzą co i kiedy odpowiedzieć, ale ministranci. Cała reszta patrzy, tylko czasem uda się im wtrącić swojskie - amen. Tak było przez lata. Świątynia w Jadowie dla wielu przez wieki była tym miejscem, w którym trzeba było być. Prowadziły tam dwie drogi. Obie wśród pól. Obie wśród topoli. Obrośnięte szpalerem "drzew Mazowsza", ale inne. Jedna z nich piaszczysta dzisiaj położono na niej już asfalt), druga wyłożona brukiem. Tak do końca nie wiadomo kiedy. Jedni mówią, że przed II wojną, inni że na początku wieku - kupcy żydowscy z Jadowa ułożyli trakt do stacji kolejowej w Urlach. Jedno jest pewne. Droga ta częściowo zachowana w swej pierwotnej konstrukcji przetrwała i istnieje do dziś. Jedynie "inżynierom", którzy układali instalacje wodne udało się miejscami popsuć to, co przetrwało w nienaruszonym stanie kilkadziesiąt lat. Naprawić tego już jednak nie było komu. Doły w drodze straszą kierowców - również tych, którzy w każde święto wyprowadzają samochód i jadą 300, 500 metrów na mszę do kościoła w Urlach. Znów demonstrują siebie, i znów pozostaje - mieć nadzieję...